synkowo

synkowo

niedziela, 2 grudnia 2012

Święta.

Wraz z pierwszym mrozem nareszcie poczułam klimat świąt. Moje święta z dzieciństwa były piękne. Bardzo, bardzo huczne i rodzinne. Trzy dni prawdziwego świętowania, zajadania pyszności, cieszenia się otrzymanymi prezentami, grzania się przy piecu kaflowym u Dziadków. Obowiązkowo wypatrywaliśmy z bratem pierwszej gwiazdki. Całą rodziną przyjmowaliśmy kolędników. Tak było przez kilka dobrych lat, niezapomniany czas. Niestety po śmierci Dziadków święta straciły dla mnie swój urok. Z roku na rok frekwencja przy wigilijnym stole zmniejszała się, w końcu kilka Wigilii pod rząd spędzałam sama z rodzicami, we troje. Brat wyjechał, ciotka z wujkiem odcięli się. Nie były to najradośniejsze święta. Odkąd jednak ja mam swoją rodzinę i przede wszystkim odkąd jest Tymek święta na nowo nabrały dla mnie niesamowitego uroku. Znowu jest wesoło, znowu się czeka i najada mandarynkami na zapas. Przygotowania do Świąt ruszają pełną parą. Pomału gromadzę prezenty, na które pomysłów szukałam przez kilka tygodni, zaopatrzam nas w świąteczną muzykę, myślę na której z półek postawić mini-choinkę, bo na tę sporą prawdziwą będziemy musieli poczekać do przyszłej Wigilii. Wypisuję już kartki. Przeleciałam z dziesięć odzieżowych, by znaleźć idealną baskinkę na świąteczną kolację. I cieszę się. Cieszę się tymi świętami, choć spędzimy je w mniejszym gronie niż myślałam. 





piątek, 30 listopada 2012

Wychować.

Stwierdzeń typu : Syna łatwiej wychować bardzo nie lubię. Choć niektórzy upierają się, że jest odwrotnie. Według mnie zarówno wychowanie córy jak i syna jest takim samym wyzwaniem. Dużo zależy od charakteru dziecka, relacji pomiędzy rodzicami, ale i środowiska w jakim dziecko, a później nastolatek będzie się obracać. Ja chciałabym wychować Syna na mężczyznę samodzielnego, pracowitego i takiego, z którego kiedyś jakaś kobita pożytek mieć będzie. Znam parę domów, w których rolą mężczyzny jest zarabianie pieniędzy. Tylko. W pozostałych dziedzinach życia: praniu, sprzątaniu, majsterkowaniu, gotowaniu- dwie lewe ręce. Wróci taki z pracy, łaskawie zasiądzie przy paśniku, gębę utrze i zadowolony! Co to, to nie! Chcę by Syn mój wiedział, co to gary i jak się z nimi obchodzić. By potrafił włączyć pralkę i wiedział, jak wymienić żarówkę. Żeby żelazko i odkurzacz nie były jemu obce. O to drugie zapewne już mogę być spokojna, bo Tymek ilekroć odkurzać trzeba, pierwszy pali się do wciągania paprochów maszyną, a zwijanie kabla po zakończeniu sprzątania uważa za swój obowiązek, bijąc sobie później brawo z dumą, że tak pięknie zwinąć się udało. Kurze też ścierać lubi, aaa i pranie rozwieszać, a raczej przy rozwieszaniu asystować. Jako, że pralkę mamy w kuchni, mój mały pomocnik potrafi zrobić ze dwadzieścia rund, by donieść mi pranie do łazienki. Pomimo tego, iż u nas w domu większość porządków czy domowych prac wykonuję ja, Mąż mój bije mnie na łeb w prasowaniu koszul i robieniu gołąbków i choć kuchnia po jego pichceniu wygląda jak po wybuchu bomby, mógłby je robić co tydzień. Ale gdy wyjadę i mnie nie ma, jestem pewna, że nie zginie, bo potrafi wszystko to, co chciałabym, by umiał kiedyś mój Syn.








czwartek, 29 listopada 2012

Kara.


Jestem absolutnie przeciwniczką bicia dzieci, jakiegokolwiek. Klaps przez pieluchę uważam za śmieszny, to po co w ogóle bić? Szarpanie, bicie po rękach, po twarzy czy też ciele jest dla mnie niedopuszczalne. Jakiekolwiek cielesne wymierzanie kary to tylko i wyłącznie słabość rodziców. Pokazanie ich bezsilności, bezradności i wyższości nad mniejszą i słabszą istotą. Gdy byłam mała byłam bita. Bita, nie oznacza, iż dostawałam cięgi pasem na gołe ciało, ale jakakolwiek forma przemocy wobec mnie czytaj dostawanie ścierką czy łapką na muchy wspominam bardzo, bardzo źle. W związku z tym, iż często trudno było rozstrzygnąć czyja to wina, gdy się kłóciliśmy lub coś zbroiliśmy razem z bratem-dostawaliśmy oboje. Do dziś pamiętam to uczucie niesprawiedliwości. Z drugiej strony nie akceptuję też bezstresowego wychowania. Uważam, że dzieci powinny słuchać się rodziców, powinny wiedzieć, kiedy robią źle. Tu chciałabym zaznaczyć, że oprócz tego, iż swoje dziecko karam i karać będę, gdy zrobi coś źle, jest ono i będzie w równej mierze nagradzane. Około roku, gdy Tymek zaczął rozumieć i w błyskawicznym tempie rozwijać się, zaczęliśmy stosować kary. Brzmi strasznie, wiem. Jak można karać tak małe dziecko? Otóż można. Brzdąc nasz bardzo szybko zrozumiał o co chodzi w zdaniu „nie wolno”, ale gdy pomimo tego i tak czasem próbował robić swoje, był wynoszony do  łóżeczka na dwie minuty. Następnie osoba, która go tam zaniosła szła do niego, mówiła, co zrobił źle, dlaczego tak robić nie wolno, wyciągała go i przytulała. Zadziwiające, że po bardzo niedługim czasie, gdy Syn znowu majstrował przy kurkach od gazu lub wyrywał gałkę od sprzętu grającego Taty wystarczyło ostrzec: chcesz iść na karę?I proceder zostawał błyskawicznie przerywany. W ciągu ostatniego miesiąca Syn na tyle wydoroślał, rozgadał się i zmądrzał, iż uznaliśmy, że łóżeczko możemy zamienić na kąt. Zasada jest ta sama, tylko kara trwa krócej, gdyż Syn w kącie wystoi góra minutę. Do kąta zanosić go nie trzeba, kieruje się tam sam, baa, czasem dosłownie, gdyż ostatnio wyrwawszy zabezpieczenie rogu od szafki, spojrzał na Tatę, spuścił wzrok i poszedł stanąć do kąta. Tak więc dwudziestomiesięczne dziecko jest w stanie bezbłędnie ocenić co robi źle. Dzieciom trzeba wyznaczać granice. Myślę, że gdy Tymek podrośnie jeszcze nieco zamontujemy tablicę magnetyczną i wklejać będziemy czarne chmurki i żółte słoneczka za złe i dobre zachowanie i będziemy wspólnie uzgadniać nagrody i kary.  



wtorek, 27 listopada 2012

Rola.


Byciem najmłodszym w rodzinie Syn nasz nie nacieszył się zbyt długo. Po niecałym roku trzeba było miejsce na tronie ustąpić kuzynom i to w podwójnym wydaniu. Tymoteusz stał się szczęśliwym posiadaczem już trzech kuzynów w pierwszej linii, bo tych w drugiej choćby tylko do lat czterech to by się sporo zebrało. Jest i Miłosz, Jakub, Piotrek, Antek, Michalina, Amelia czy Łucja. Nie da się ukryć, że królują chłopcy, mimo wszystko rodzi się ich w naszej rodzinie więcej. Niewątpliwie rola starszego kuzyna to bardzo odpowiedzialne zadanie. I tak Syn nasz spotykając się z Jasiem i Frankiem potrafi: wytrzeć im ślinkę pieluszką, podać smoczek tudzież niekapka, poczytać książkę czy chwilę ponaśladować ich poginając jak oni na czterech, sprawiając tym chłopakom radość i przyciągając ich zainteresowanie. Przekomicznie to wszystko wygląda i aż chce się patrzeć i sięgać myślami naprzód jak to będzie niedługo, za rok, dwa czy trzy, gdy już będą potrafić mówić i walczyć o swoje.  





sobota, 24 listopada 2012

Uważać.


Mogę śmiało zaryzykować stwierdzenie, że Syn nasz rozumie już prawie wszystko. Cwaniak, niewiele mówi, choć próbuje i rozkręca się, ale ze zrozumieniem nie ma najmniejszego problemu. Gdy ostatnio uparł się, że chce pasek od koszuli, którą miałam na sobie i właśnie szykowałam się do pracy, szybko rzuciłam: Idź wyjmij sobie pasek z Taty szafy. I tak też uczynił. Ciągał później ten pasek po podłodze mając frajdę wielką. Idź wyrzuć do kosza to już standard, Syn uwielbia porządki i każdy napotkany paproch ląduje w koszu. Podaj pilota też się przydaje, gdy Syn zażąda włączenia bajki. Ale niestety, bezproblemowe rozumienie wszystkiego ma też i swoje złe strony. Wczoraj mimochodem rzuciłam: Chcesz jechać z Pawełkiem na kulki? Jechać mieliśmy, owszem, ale za godzin kilka. Odpowiedź brzmiała oczywiście: Taa, ale na tym się nie skończyło. Syn stanął w przedpokoju, zaparł się przy drzwiach, podkowę zrobił i krzyczeć zaczął: Mama, brrr, mama. Pół godziny zajęło mi uspokojenie go, uparta bestia (chyba po Mamusi), jak się zawziął, to odpuścić nie chciał i niczym Jego uwagi nie szło odwrócić. Podobnie było dziś u Dziadków. W poniedziałek Tymek spędził ponad godzinę w przedszkolu, wraz z dwudziestoma pięciolatkami. Tańczył, bawił się i wyjść z niego nie chciał. Babcia nieźle się musiała namęczyć, by wnuka do domu przyprowadzić. Jak to dobrze mieć Babcię przedszkolankę, podejrzewam, że Syn nie będzie miał najmniejszego problemu z zaaklimatyzowaniem się w trzylatkach, do których chciałabym go posłać. Dziś Babcia zagaiła: Tymuś, przyjdziesz jeszcze do Babci do przedszkola? Tymkowi dwa razy nie mów, już prawie ubierał buty, Babcię złapał za rękę i do drzwi ciągnął z głośnym: Brrr brrrym. No i masz babo placek, znowu pół godziny zagadywania i próbowania Syna przekonać, że w sobotę to przedszkole nieczynne jest. Morał taki, że uważać musimy na wszystko co teraz mówimy!





czwartek, 22 listopada 2012

Piżama.


Lubiłam Syna w pajacach. Zawsze mnie rozczulał, gdy przydreptywał rano taki słodki i niewinny, a pajac dodatkowo odmładzał go, na tyle, na ile dwudziestomiesięczne dziecko odmłodzić można. Jednak odpinanie pajaców o szóstej rano, by Tymek mógł zasiąść na nocniku stało się na tyle kłopotliwe, że postanowiłam zakupić piżamki. Ha! Niby taka prosta sprawa piżamę nabyć, a jednak, ile się naszukałam, to moje. Początkowo stawiałam na Tesco, większość pajacy kupowałam właśnie tam w wielopakach, dobre cenowo i choć jakość nie powalała, Syn rósł w tak zabójczym tempie, że nie zdążyły się zniszczyć. Z piżamkami nie było już tak kolorowo. Rozmiar Synowy wyglądał następująco: spodnie jak na nieźle wyrośnięte dziecko, góra jak po młodszej siostrze, rękawy kuse. Podobnie było w Smyku czy Reserved. Szerokie ramiona, długie spodnie od piżamy. Do tego  większość spodni bez ściągaczy, więc w praktyce ciągają się po ziemi. I tu z pomocą przyszedł ponownie niezawodny Next. Trzypak piżamek, który nabyliśmy jest świetny. Bawełna przemiła w dotyku, mięciutka, spodnie a-la getry ze ściągaczkami. To piżamki warte zakupu, bez dwóch zdań!








piątek, 16 listopada 2012

Można.

Czy można poznać kogoś i czuć, jakby się go znało już dobrych parę lat? Można. Nasza znajomość z M. zaczęła się ponad dwa lata temu, przypadkiem, połączyły nas sprawy "służbowe". Choć jestem osobą bardzo kontaktową i otwartą, nie palę się do zawierania nowych znajomości. Przyjaciół mam, tych samych niezmiennie od lat dwunastu i więcej mi do szczęścia nie trzeba.  Ale z M. wyszło tak jakoś samo, naturalnie, nasze pierwsze spotkanie, gdy Tymek był w mym brzuchu od zaledwie kilku tygodni przerodziło się w cykl spotkań przy kawie i rozmowy. Niewątpliwie nadajemy na tych samych falach, rzekłabym że mamy pokrewne dusze. Gdy jestem u  M. czuję się jak u siebie w domu, swojsko, miło, swobodnie. Jeszcze niedawno Nela, Jej córka, trzymała na rękach kilkutygodniowego Tymka. Dziś razem tańczyli i wygłupiali się. W babskim świecie Neli znalazły się i zabawki dla Tymka, kilka wypasionych aut od Barbie, czy miauczący kotek.