synkowo

synkowo

niedziela, 15 kwietnia 2012

Poród rodzinny.

Od początku ciąży wiedziałam, że nie chcę rodzić z I. On też nie chciał. Obawiałam się wspólnego porodu. Nie chciałam by widział to wszystko, o czym opowiadali w szkole rodzenia. Owszem, uczęszczaliśmy na zajęcia, ale po szczegółowych opowieściach położnej o odpadnięciu czopa, biegunce, krwi i nacinaniu I. robił się blady, ja zresztą też. Dlatego, gdy była lekcja z partnerami do porodu, poszłam z jedną z mych przyjaciółek, która planowo miała być ze mną przy wydawaniu na świat Syna. Na zajęciach leżąc za mną i ledwo obejmując mój ogromny brzuchol K. prawie spłakała się do łez, gdy położna kazała zamknąć oczy i wyobrazić sobie nasze wspólne dziecko. Ja też dosłownie dusiłam się ze śmiechu i w żaden sposób nie mogłam go opanować. Być może reszta uczestników uznała nas za mało dojrzałe, ale ta sytuacja była naprawdę komiczna. Tymko zdecydował jednak, że Tata ma być przy porodzie i basta, bo pchając się na ten świat o miesiąc wcześniej, postawił go przed faktem dokonanym. Do K. zdążyłam napisać po odejściu wód tylko jedno słowo: Rodzę. Wspaniałomyślnie, nie mniej zestresowana niż ja, urwała się z pracy i wsiadła w auto i jechała z Wrocławia, wyzywając po drodze każdego możliwego kierowcę, który podróżował niewystarczająco szybko. W ponad dwie godziny pokonała trasę prawie 180 km i stanęła przed drzwiami porodówki niedługo przed tym, gdy Tymoteusz zapragnął nareszcie zejść w kanał i się narodzić. Przez cały poród I. był ze mną, blady, oblany potem, pocieszał mnie, dopingował, gdy płakałam i jęczałam, że nie chcę rodzić, że nie dam rady i że boli. Próbował masować, co drażniło mnie okropnie, podał Grześka, gdy zgłodniałam, pozwalał wieszać się na swojej szyi i ściskać za ręce. Był i ani przez chwilę nie żałowałam, widok Ojca, który widzi swoje nowonarodzone dziecko i przecina pępowinę jest niepowtarzalny i wyjątkowy. I jest coś jeszcze. Ogromny szacunek do kobiety i wdzięczność jej mężczyzny. Wdzięczność, za wydanie w ogromnym cierpieniu jego potomka na świat. Nie zapomnę sms-a, którego I. napisał mi jeszcze tego samego dnia: Mała, po tym czego dziś dokonałaś, nie ma już dla ciebie rzeczy niemożliwych.  




9 komentarzy:

  1. Pieknie napisane.
    Porod to niesamowita sprawa, zwienczenie 9 miesiecy...i to jakie :)
    Moj porod byl dosc dlugi... od odejscia wod plodowych meczylam sie jeszcze 15,5h, do tego jeszcze kilka godzin przed... Moj J byl caly czas przy mnie, wczesniej umowilismy sie, ze bede rodzila sama. Jednak kiedy wszystko sie zaczelo, nie bylo czasu na myslenie, On po prostu byl i szczerze mowiac nie wyobrazam sobie porodu bez J.
    Wspaniale przezycia... i ciesze sie, ze tak wyszlo. Podczas szycia, ktore trwalo ponad 1.5h, cudownie bylo patrzec na moich kochanych chlopakow siedzacych razem obok mnie....

    OdpowiedzUsuń
  2. Gdy dobrnęłam do końca wpisu, westchnęłam...:D Bo to takie wyjątkowe!

    OdpowiedzUsuń
  3. piękne ostatnie zdanie.
    chyba się wzruszyłam.

    OdpowiedzUsuń
  4. Mój mąż bardzo chciał być z nami, mało się nie spóźnił ale zdążył i bardzo się cieszę, że był (mimo, że nie przywiózł ze sobą wody do picia :D)

    OdpowiedzUsuń
  5. Mam nadzieję, że mój mąż się sprawdzi i da radę podczas porodu :)

    OdpowiedzUsuń
  6. ja nie chciałam nikogo przy porodzie, oczywiście stało się inaczej :) była ze mną moja mama :)

    OdpowiedzUsuń
  7. zalałam się łzami eh..:)

    OdpowiedzUsuń