Życie na wsi rządzi się
swoimi prawami, zdecydowanie innymi niż w mieście. Tak jak pisałam
we wcześniejszym poście, ja jako dziecko kontakt ze wsią miałam częsty. Syna
też staram się tam zabierać, gdy czas pozwala. Sobotę spędziliśmy
na powietrzu, pięć godzin szaleństwa Tymka z Kuzynami,
rówieśnikiem i rok starszym. Synko jak w hipnozie: rowerek, auto,
huśtawka, zjeżdżalnia, trawa, psy i koty. Wybrudził się, ile
wlazło, spodni Matka już nie dopierze, ale warte były jego
radości. Odmówił zjedzenia dwóch posiłków, wyrywał się i
biegł jak opętany do kolejnej zabawki. Zgłodniał dopiero
wieczorem, gdy wróciliśmy do domu. Wieś dla dzieci to wolność,
frajda i swoboda jakiej brak mieszkając w bloku. Choć jestem mieszczuchem, z myślą o dzieciach chętnie zamieszkałabym na wsi, mały domek z tarasem- marzenie.
synkowo
niedziela, 22 kwietnia 2012
piątek, 20 kwietnia 2012
Letnio.
W oczekiwaniu na lato zbieramy
garderobę na ciepłe dni. Wzbogaciliśmy się o trzy nowe T-shirty,
tym samym w swej kolekcji mamy osiemnaście i na tym na razie
poprzestaniemy. Dwa z nich to prezenty, motocyklowa oryginalna
koszulka Ducati, tak na zachętę, co by Syn się wprawiał, nim
ruszy w ślady Taty oraz Smykowa hipciowa, z chowającym się ozorem.
Na pomarańczówkę z Reserved czaiłam się, odkąd pojawiła się
na stronie i jest nareszcie zakupiona. Tym razem polujemy na krótkie
spodenki, udało mi się nabyć jedną fajną sztukę z H&M i
wciąż szukam czegoś godnego zakupu. Największy jednak problem
będzie z czapą z daszkiem. Przede wszystkim muszę targać do
sklepu Syna, czego nie czynię często, przymierzać, kombinować, a
jak już czapa mi się podoba, to on nie wygląda w niej korzystnie
lub rozmiar nie ten. Podejmiemy jeszcze jakąś próbę, gdy się
diametralnie ociepli. Żałuję, że Tescowe daszkowce z zeszłego
sezonu są już zbyt małe, bo były naprawdę świetne.


czwartek, 19 kwietnia 2012
Zdrowo.
Post ten zrodził się w mojej głowie pod wpływem ostatnich obserwacji przedszkolnych. W zeszłym tygodniu mając lekcję w pięciolatkach trafiłam jeszcze na ich śniadanko. Są to dzieciaki z przedszkola, które jest nieodpłatne, więc rodzice muszą zapewnić im posiłek. Na 20 osób żadne nie miało kanapek z pieczywem wieloziarnistym, lecz biały chleb/bułki/rogale zwykle z margaryną, serem żółtym, dżemem lub nutellą. Do picia obowiązkowo słodki sok/ Kubuś play/zimna herbata z cukrem. ŻADNE z dzieci nie piło wody. Ku memu przerażeniu ŻADNE z dzieci nie miało też owoców jako przekąskę, a czekoladowe kanapki lub ciastka. W czasach, gdy tyle trąbi się o zdrowym żywieniu dzieci, ja odnoszę wrażenie, że jest ono rzadkością. Być może mój Syn będzie odmieńcem, gdyż nigdy nie skosztuje parówek czy Danonków. Ale wiem, jak ważne jest wyrobienie zdrowych nawyków u dziecka, gdyż ja u siebie wyrobiłam je dopiero kilka lat temu i jest mi z nimi o niebo lżej. Staram się, by Tymek jadł pieczywo wieloziarniste. Razem z nami wcina też tylko makaron z pełnego ziarna. Coraz częściej serwuję jemu kaszę jęczmienną. Obowiązkowo raz w tygodniu jest ryba na parze z dodatkiem ziół. Po zasięgnięciu opinii fachowców kupujemy solę. Gdy nie mamy możliwości przygotowania rybki, Synko je danie rybne z Bobovity w postaci dorsza. Warzywa są codziennym dodatkiem do mięska, przygotowywane na parze, świeże lub mrożone. Jogurty tylko naturalne, na bazie jogurtu Zott, z dodatkiem owoców. Blendujemy i Synko zajada się, że hej. Do picia woda Żywiec Zdrój, nieprzegotowana. Z przekąsek do rączki Chrupaczki Bobovity lub ich odpowiednik z Rossmana lub ciasteczka Hipp, gdyż te pierwsze nie zawierają soli, a drugie cukru. Nie kupujemy chrupków kukurydzianych, gdyż są solone. Syn uwielbia też kanapki z serem żółtym, twarożkiem czy parzoną piersią z indyka. Z chęcią je jajecznicę na parze. O owoce dopomina się sam, pomimo że zjada raz dziennie deserek ze słoika, w trakcie dnia dostaje jeszcze kawałek jabłka, gruszki czy banana. Fakt, że Tymko jest egzemplarzem wszystkożernym oczywiście ułatwia mi jego żywienie, uważam jednak, że nawet przy bardziej wybrednych dzieciach można tak zbilansować posiłki, aby były i bardzo zdrowe i smaczne.
środa, 18 kwietnia 2012
Upadek.
Od dziś moje przekonanie o tym, że łóżeczko jest bezpiecznym miejscem zostaje obalone. Synko szykując się do pierwszej drzemki porannej, przewalał się w łóżeczku. Zwykle w ten sposób zasypia, pozostawiony sam, przytula się do miśków, bawi się pieluchą i po kilku minutach śpi. W tym czasie ja przygotowywałam się do pracy i nagle usłyszałam potężny huk. To dziwne, ale od razu wiedziałam, że Syn wypadł z łóżeczka! Zerwałam się do jego pokoju, szybko podniosłam go z podłogi i przytuliłam. To były sekundy, nie pamiętam nawet jak dokładnie leżał. Był przerażony, niemniej niż ja, zaniósł się płaczem, uspokajałam go i cały czas mówiłam do niego, by złapał oddech. Przestał płakać po dobrych kilku minutach, wtedy obejrzałam go dokładnie. Wielki guz rósł na czole, pokrywał go siniak. Zadzwoniłam do pediatry i pojechaliśmy na badanie. Dokładnie obejrzany, osłuchany, Tymek wyszedł z upadku obronną ręką. Nie wymiotował, nie był ospały, ładnie jadł i bawił się. Pediatra przyznała, że Tymko jest nad wiek wysoki. Dorównuje wzrostem dwulatkom. Najprawdopodobniej chciał coś sięgnąć i zbyt mocno się przechylił, ciężar ciała przeważył i dlatego Synko wypadł. Automatycznie wyjęliśmy szczebelki od łóżeczka, jednakże i to okazało się niefortunnym rozwiązaniem. Tymek ma problem z wpasowaniem się w wyjście, jedna noga czasem klinuje się obok w szczebelkach. Będziemy musieli inaczej zadbać o bezpieczeństwo łóżeczkowe, podkładać koce, czy poduszki, dopóki nie będzie bardziej świadomy. Ale co się najadłam od rana strachu, to moje.
wtorek, 17 kwietnia 2012
Tęsknota.
Ostatnimi dniami przyszło nam zostać z Synem tylko we dwoje. Tata wyruszył na Kaszuby motocyklem, w czterodniową podróż. Wieczorami zasypiałam przy włączonym telewizorze, ze strachu przed sama nie wiem czym: ciemnością, złodziejami, pustym mieszkaniem? Ku memu zdziwieniu, Syn też nie spał najlepiej, przebudzał się i płakał przez sen. Przez te cztery dni doceniłam, ile znaczy dodatkowa para rąk. Zmęczenie brało górę, kąpiel w pojedynkę była nagle wyzwaniem. Tata nareszcie wrócił, Synko powitał go bez większego entuzjazmu. Jednakże wieczorem, jeszcze przed kąpielą, przy wspólnych dywanowych zabawach Tymek podchodził do Taty i przytulał się, sam z siebie, kilkakrotnie. Przeuroczy widok. Najwyraźniej nie tylko ja tęskniłam.
niedziela, 15 kwietnia 2012
Poród rodzinny.
Od początku ciąży wiedziałam, że nie chcę rodzić z I. On też nie chciał. Obawiałam się wspólnego porodu. Nie chciałam by widział to wszystko, o czym opowiadali w szkole rodzenia. Owszem, uczęszczaliśmy na zajęcia, ale po szczegółowych opowieściach położnej o odpadnięciu czopa, biegunce, krwi i nacinaniu I. robił się blady, ja zresztą też. Dlatego, gdy była lekcja z partnerami do porodu, poszłam z jedną z mych przyjaciółek, która planowo miała być ze mną przy wydawaniu na świat Syna. Na zajęciach leżąc za mną i ledwo obejmując mój ogromny brzuchol K. prawie spłakała się do łez, gdy położna kazała zamknąć oczy i wyobrazić sobie nasze wspólne dziecko. Ja też dosłownie dusiłam się ze śmiechu i w żaden sposób nie mogłam go opanować. Być może reszta uczestników uznała nas za mało dojrzałe, ale ta sytuacja była naprawdę komiczna. Tymko zdecydował jednak, że Tata ma być przy porodzie i basta, bo pchając się na ten świat o miesiąc wcześniej, postawił go przed faktem dokonanym. Do K. zdążyłam napisać po odejściu wód tylko jedno słowo: Rodzę. Wspaniałomyślnie, nie mniej zestresowana niż ja, urwała się z pracy i wsiadła w auto i jechała z Wrocławia, wyzywając po drodze każdego możliwego kierowcę, który podróżował niewystarczająco szybko. W ponad dwie godziny pokonała trasę prawie 180 km i stanęła przed drzwiami porodówki niedługo przed tym, gdy Tymoteusz zapragnął nareszcie zejść w kanał i się narodzić. Przez cały poród I. był ze mną, blady, oblany potem, pocieszał mnie, dopingował, gdy płakałam i jęczałam, że nie chcę rodzić, że nie dam rady i że boli. Próbował masować, co drażniło mnie okropnie, podał Grześka, gdy zgłodniałam, pozwalał wieszać się na swojej szyi i ściskać za ręce. Był i ani przez chwilę nie żałowałam, widok Ojca, który widzi swoje nowonarodzone dziecko i przecina pępowinę jest niepowtarzalny i wyjątkowy. I jest coś jeszcze. Ogromny szacunek do kobiety i wdzięczność jej mężczyzny. Wdzięczność, za wydanie w ogromnym cierpieniu jego potomka na świat. Nie zapomnę sms-a, którego I. napisał mi jeszcze tego samego dnia: Mała, po tym czego dziś dokonałaś, nie ma już dla ciebie rzeczy niemożliwych.
sobota, 14 kwietnia 2012
Zabawki.
Pomimo, iż WCALE nie kupowaliśmy Synowi zabawek, nazbierały się ich już trzy pudła! Jest to problematyczne, bo po pierwsze zajmują mnóstwo miejsca w naszym małym mieszkaniu, po drugie Syn ko przytłoczony ich ilością, nie wie czym się bawić, więc trzeba je Jemu umiejętnie dawkować, po trzecie ku naszemu przerażeniu ich ilość wciąż wzrasta. Kilka dni temu poprosiłam Tatę Tymka by wymienił Jego trzy ulubione zabawki. I tak oto pierwsze miejsce zajęły paski. Paski od szlafroka, koszuli, spodni, bluzki- nieistotne jakie, oby były długie i ciągnące się po podłodze. Na drugim miejscu uplasowały się naczynia z łyżkami, czy to drewniane, czy plastikowe to bez znaczenia, ważne, by można było mieszać i mieszać... Syn potrafi bawić się nimi sam dosłownie godzinami. Trzecie miejsce zajęły auta, najlepiej takie z mocno kręcącymi się kołami, wtedy paluszki idą w ruch i okręcanie kółeczkami niesamowicie zajmuje Syna, choć i jeżdżenie autami z obowiązkowym dodatkiem "brrrrr" też sprawia Jemu niezłą frajdę! I gdzie w tym wszystkim grające, śpiewające, świecące, kolorowe zabawki, których mamy już trzy pudła?
Subskrybuj:
Posty (Atom)


















