Syno mój od początku apetyt miał spory. Ależ się cieszyłam, że wszystko jemu smakuje-do czasu. Nie chwal dnia przed zachodem słońca pasuje do Synowego jedzenia jak ulał. Początkowo wszystko zaczęło się od zębów, tych paskudnych ostatnich dwóch trzonowców, co to wyjść chciały, a nie mogły. Myślałam, żeby przeczekać i zbytnio się nie martwiłam, bo wraz z brakiem apetytu Tyma męczyła biegunka i gorączka-książkowo. Myślałam, że apetyt wróci, ale owa sytuacja trwa już ponad miesiąc. Fakt, zęby wciąż nie wyszły i falami kilkudniowych męczarni dokuczają Synowi wraz z wyżej wymienionymi objawami, ależ ile można nie jeść? Musiałam nagiąć swoje zasady i: zacząć biegać za dzieckiem, włączać bajki, czytać bajki, zagadywać, stawiać przy oknie, śpiewać, a to wszystko po to, by Synu łaskawie paszczę otworzył i zechciał COŚ zjeść. Tym czymś na pewno nie jest już zupa, ani drugie danie. Ileż nerwów traci człowiek z niejedzącym dzieckiem zdążyłam już zauważyć. Syno schudł i jedyne, czym wciąż nie gardzi to mleko i serki homogenizowane. Aaa i ostatnio, ku mej uciesze chleb z serem, chyba zostało mu we krwi po angielskich śniadankach w postaci tostów.
synkowo

czwartek, 31 stycznia 2013
poniedziałek, 28 stycznia 2013
Obkupieni.
Nie ukrywam, że oprócz głównego celu naszego feriowego wypadu na Wyspy jakim było spotkanie z Rodziną, były też cele poboczne, takie jak zakupy. Angielskie sklepy lubię bardzo, z tych dzieciowych najbardziej Next, z tych babskich Dorothy Perkins. Zaopatrzyliśmy się z Synem na wiosnę, teraz przyszło nam tylko na nią czekać. A te czerwone platformy "chodziły" za mną od tygodnia, do tego stopnia, że dziś mając 40 minut przerwy w trakcie dłuuugiego dnia pracy wsiadłam w auto i popędziłam, by je kupić. Wiosno, wzywamy cię!
piątek, 25 stycznia 2013
O zabawie.
Dziś, odebrawszy ślubne zdjęcia od
fotografa naszło mnie na weselne wspomnienia. O tym, że Syna nie
była ani na ślubie, ani na weselu pisałam już wcześniej. Decyzja
była słuszna, co widać na zdjęciach. Rodzice wyluzowani, bawiący
się do rana, nie mający czasu zjeść i ledwo mający czas się
napić. Korzystający z każdej minuty tego jednego dnia.
Rewelacyjnie spędzający własne wesele. A gdy już
mowa o zabawie, to Syna czeka niedługo pierwszy bal karnawałowy, na
które dostał profesjonalne zaproszenie. Już za tydzień, razem z
małym Piratem będziemy bawić się we troje!
środa, 23 stycznia 2013
Samolotem.
Boję się latać, nie lubię latać i każdy
lot jest dla mnie niemałym stresem. Nie zdecydowałabym się jednak
jechać kilkanaście godzin z dzieckiem samochodem, gdyż wiem, że
zniosłoby to jeszcze gorzej niż dwugodzinny lot samolotem. To był
drugi lot Tymka, a dwa odbył także wcześniej jeszcze w moim brzuchu
i choć tym razem miałam wsparcie w postaci Babci, tego lotu
obawiałam się najbardziej. Lot w jedną i drugą stronę mieliśmy
zupełnie inny, choć lądowanie podobne, z wielką awanturą
Tymkową, krzykiem i płaczem, gdyż nie chciał dać zapiąć się w
pas, siedząc na naszych kolanach. Jadąc na lotnisko do Wrocławia
złapały nas fatalne warunki pogodowe. Na samym lotnisku spędziliśmy
tylko pół godziny, podczas których Synko poszalał w kąciku dla
maluchów, z którego ciężko go było wyciągnąć. Do samolotu
wsiadaliśmy prawie jako ostatni, choć przysługuje nam
pierwszeństwo wejścia na pokład, gdyż Syn nie ma jeszcze dwóch
lat. Niestety, gdy zjawiliśmy się na lotnisku było już tak późno,
że wpuścili kilkaset osób do rękawa i nasze pierwszeństwo na nic
się nie przydało. Gdy już weszliśmy do samolotu i zajęliśmy
miejsca poczułam chwilową ulgę. Sama podróż na lotnisko w
śnieżycy nie była przyjemnością. Ulga ta jednak nie trwała
długo, bo jeszcze kołując po płycie lotniska pilot raczył nas
poinformować, że warunki pogodowe w Anglii są fatalne i możemy
mieć problem z wylądowaniem. Poziom mojego stresu jeszcze bardziej
wzrósł, ale starałam się zająć Synem i nie myśleć o tym co
będzie. Czytając sporo o lotach z dziećmi zaopatrzyłam się
wcześniej w:
-kocyk (zwykle w samolocie jest
chłodno, w razie zaśnięcia dziecka na pewno się przyda)
-dwa nowe samochodziki ( najtańszy
traktor i wóz strażacki z zabawkowego, nowe zabawki zajmują dzieci
na dłuższą chwilę)
-smoczek (przy starcie i lądowaniu
często pomaga przy bólu uszu)
-zwierzaki z Lajkonika (frajda jest nie
tylko w jedzeniu, ale także w wybieraniu zwierzątek i odgryzaniu im
różnych części ciała)
-biszkopty/chrupki
-wodę
Kocyk na nic się zdał, gdyż w
samolocie po raz pierwszy było tak gorąco, że wszystkie dzieci
miały czerwone poliki. Samochodziki sprawdziły się rewelacyjnie,
jeden przy starcie, Syn nawet nie zauważył, że przypięłyśmy go
pasem. W trakcie lotu Syno jadł, pił, wstawał, włączał
światełka, kombinował i kręcił się. Gdy samolot obniżał się
dało się zauważyć, że Syna bolały uszy, łapał się za nie i
krzyczał nie ała! Lot minął
całkiem wesoło, gdyby nie awantura przy lądowaniu z powodu
ponownego przypinania pasem, rzekłabym, że był bardzo dobry. Wylądowaliśmy całkiem sprawnie, wbrew okropnej pogodzie. Z
powrotem było gorzej, gdyż spędziliśmy cztery godziny na lotnisku
z powodu opóźnionego lotu. Fakt, że i to lotnisko było zaopatrzone w
kącik malucha, Syn wybawił się, wybiegał i zmęczył i miałyśmy
nadzieję, że gdy o 21 wylecimy, padnie jak kawka. Nasze oczekiwania
jednak nie sprawdziły się, bo gdy tylko światła w samolocie się
zapaliły, Tymek odżył. Nie pomogło nawet mleko przygotowane na
pokładzie, Syno choć marudny, nie zasnął. Gdy przyszło do zabawy
i sięgnęłam do torby po dwa nowe autka, po raz kolejny zakupiony
na potrzeby lotu, okazało się, że zapomniałyśmy ich spakować.
Udało nam się zabawiać Syna do momentu lądowaniu, po raz kolejny
próba zapięcia go w pas skończyła się płaczem i wrzaskiem, nie
pomagały prośby i zagadywanie. Ponad 20 minut krzyku skończyło
się zaśnięciem Syna w momencie uderzenia samolotu o płytę
lotniska.
wtorek, 22 stycznia 2013
Powroty.
Dobrze jest wyjechać, by powrócić do własnych czterech kątów, własnej wanny, własnego łóżka. Nasze zagraniczne ferie dobiegły końca i zaliczyć je mogę do niesamowicie udanych. Podróż z i do Anglii minęła nam ciężko, bo jakże mogłoby być inaczej, gdy zima ze wszech stron zaatakowała. Gdyby nie Babcia, nie dałabym rady i z podziwu wyjść nie mogłam, jak niegdyś leciałam bez asysty z czteromiesięcznym Tymkiem. Synko w samolocie dał popis krzyku, gdy przyszło zapinać pasy, ale o tym kiedy indziej. Dziś o naszych feriach, iście zimowych, bo Anglia też biała. Z angielskim społeczeństwem do czynienia mam nie od dziś, w końcu spędziłam tam ponad rok swego studenckiego jeszcze życia, ale ludzie tam wciąż zadziwiać mnie nie przestają. Widok rozgogolonych zimą (tylko!) do krótkiej podkoszulki obywateli jeszcze zaskakuje, ale widok naprawdę małych dzieci, młodszych sporo od Syna, bez czapek i butów przy temperaturze -2 szokuje totalnie. A obraz wesołych rodziców karmiących swoje około 7 miesięczne dziecko czekoladą w płynie podczas mojego spotkania z przyjaciółką w kawiarni utkwi na długo w mej głowie. Ferie nasze minęły spokojnie i wesoło. Syn w siódmym niebie, bawił się z Kuzynem do oporu, odmawiając jedzenia, na które nie było czasu. Małpował dosłownie wszystko, co robił czteroletni Mikołaj, rozbawiając nas czasem do granic możliwości. Gdyby dosięgnął, pewnie nasiusiał by do klozetu, bo widać było, że ta umiejętność wzbudzała w nim niemały podziw. Chłopaki dogadywali się iście bratersko, pomijając kilka spięć i walk o zabawki, których jednak z każdym dniem było mniej. Prowadzili ze sobą rozmowy, których mogłabym słuchać godzinami. A Mikołajowe pytanie: Tymek, kochasz mnie? powalało na łopatki.
piątek, 11 stycznia 2013
Laurki.
O Babcio-Dziadkach Tymkowych można mówić i pisać tylko w samych superlatywach. Są ogromną częścią Jego i naszego
życia i niesamowicie pomagają nam w opiece nad Synem. Pomagają nam też mądrze Go wychowywać, rozpieszczając w granicach
rozsądku. Od narodzin Syna postanowiłam, że co roku Babcie i
Dziadkowie otrzymywać będą z okazji swojego święta zasłużoną
laurkę, mając też nadzieję, że z roku na rok Tymek będzie coraz
bardziej angażował się w jej przygotowanie. W zeszłym roku
postawiliśmy na odcisk Synowej stópki, w tym roku zaszaleliśmy z
pieczątkami. Syno własnoręcznie ozdobił koperty do Dziadkowych
kartek, a ja, zamawiając kilka dodatków wykonałam kartki. Z
pieczątkami była frajda, gorzej z domyciem rąk od tuszu. Ale co
tam! Ważne, że laurki gotowe, czekają na wielki dzień. W związku
z tym, że spędzimy go jeszcze częściowo poza granicami kraju,
postanowiliśmy przygotować się nieco wcześniej.
A dziś Tymek kończy 22 miesiące. Myślami przygotowuję się już do drugich urodzin, szukam zaproszeń i czekam na ciepły powiew wiosny, taki jak wtedy, gdy Syn przyszedł na świat.
wtorek, 8 stycznia 2013
Rozgadany.
W ciągu dosłownie ostatnich tygodni Synko poczynił niesamowite postępy w mowie. Ależ radości sprawiają nowe słowa, które słyszymy. Jest więc:
-tik-tak (zegar)
-koko (kura)
-daj!
-jajo
-ding-dong (dzwonek u drzwi)
-apsik!
-oko
-moje!
-bye!
-oć!(chodź)
-oć!(chodź)
Jest też coraz więcej imion, wymawianych bardzo świadomie, ale od wczoraj Synu po prostu do reszty skradł nasze serca. Mama, Tata, Baba i Dziadzia znamy już od dawna, ale Tymo stworzył nową wersję, wprost ukochaną przez nas! Woła Mamuś, Tatuś, Dziadziuś i Babuś, co w Jego wykonaniu jest przeurocze i sprawia, że kolana miękną i chce się Syna całować i tulić bez końca!
niedziela, 6 stycznia 2013
Zakupy i odliczanie.
Szał wyprzedaży rozpoczęty, a my korzystamy! Zwykle staram się nie przesadzać z cenami ubrań kupowanych dla Syna, rośnie naprawdę zbyt szybko. Ale mając okazję kupić coś taniej, zwykle kupuję na zaś, nabywając niektóre łachy nawet o dwa rozmiary większe. Z myślą o wiośnie nabyliśmy kilka bluzek z 5-10-15. Czaimy się też na bluzy, które wiosenną porą sprawdzają się świetnie, szczególnie te rozpinane. Chwilowo nabyliśmy jedną w roboty, która mnie szczególnie urzekła, w Coccodrillo. Tymczasem zaczynamy odliczanie do ferii i naszej wyprawy na Wyspy. Powoli tworzę listę rzeczy do zabrania dla siebie i Syna. Jestem typem osoby, która lubi na coś czekać i skreślać dni w kalendarzu. Cieszę się na ten wyjazd, na chwilę oddechu, na spotkanie z Rodziną. Tymek nareszcie spędzi trochę czasu z Kuzynem, ja pobuszuję po sklepach i odpocznę od pracy, której ostatnimi czasy jest sporo. A po feriach szykuje się jej jeszcze więcej. Spędzając 40 godzin tygodniowo z dziećmi, mówiąc, ucząc, pouczając, rozmawiając z nimi czasem wracając do domu mam ochotę na milczenie, dobrą książkę, lampkę wina. I myślę sobie, że Syno czasem traci, bo matka opada z sił. I zdarza mi się, że zazdroszczę tym, co mają więcej czasu dla dzieci. Spokojne wspólne poranki, długie spacery i wspólne zabawy. Zaś po chwili trafia do mnie, że pracę swą zbyt lubię i że przy całej mej miłości do Syna, w domu bym nie wysiedziała...
wtorek, 1 stycznia 2013
Szaleństwo.
Ależ było u nas wczoraj Sylwestrowe
szaleństwo! To był pierwszy od 12 lat Sylwester, który spędzałam
w domu. A może nie tylko w domu, ale bez znajomych, przyjaciół,
innych ludzi. Ta wizja jakoś niespecjalnie spędzała mi sen z
powiek, choć lubię w Sylwestra wyjść do ludzi i świętować, tym
razem nawet bez większych oporów pozostałam w domu. Razem z Synem
spędziliśmy prawie trzy godziny na Sylwestrowych wygłupach,
gilgotkach, zabawach w tunelu po czym wraz z Mężem spoczęliśmy na
kanapie nie mniej zmęczeni niż Syn, który padł przed 21. Przy
zimnym piwie, pysznej sałatce z tuńczyka z sosem miodowym i
wypożyczonym wcześniej filmie spędziliśmy resztę wieczoru. A myślami jesteśmy już 14 dni do przodu, w samolocie i już zaczynam się bać, jak Syno zniesie podróż i obmyślam co zrobić, by dziecko, które nie usiedzi pięć minut w jednym miejscu siedziało tak półtorej godziny...
Subskrybuj:
Posty (Atom)