Stwierdzeń typu : Syna łatwiej wychować bardzo nie lubię. Choć niektórzy upierają się, że jest odwrotnie. Według mnie zarówno wychowanie córy jak i syna jest takim samym wyzwaniem. Dużo zależy od charakteru dziecka, relacji pomiędzy rodzicami, ale i środowiska w jakim dziecko, a później nastolatek będzie się obracać. Ja chciałabym wychować Syna na mężczyznę samodzielnego, pracowitego i takiego, z którego kiedyś jakaś kobita pożytek mieć będzie. Znam parę domów, w których rolą mężczyzny jest zarabianie pieniędzy. Tylko. W pozostałych dziedzinach życia: praniu, sprzątaniu, majsterkowaniu, gotowaniu- dwie lewe ręce. Wróci taki z pracy, łaskawie zasiądzie przy paśniku, gębę utrze i zadowolony! Co to, to nie! Chcę by Syn mój wiedział, co to gary i jak się z nimi obchodzić. By potrafił włączyć pralkę i wiedział, jak wymienić żarówkę. Żeby żelazko i odkurzacz nie były jemu obce. O to drugie zapewne już mogę być spokojna, bo Tymek ilekroć odkurzać trzeba, pierwszy pali się do wciągania paprochów maszyną, a zwijanie kabla po zakończeniu sprzątania uważa za swój obowiązek, bijąc sobie później brawo z dumą, że tak pięknie zwinąć się udało. Kurze też ścierać lubi, aaa i pranie rozwieszać, a raczej przy rozwieszaniu asystować. Jako, że pralkę mamy w kuchni, mój mały pomocnik potrafi zrobić ze dwadzieścia rund, by donieść mi pranie do łazienki. Pomimo tego, iż u nas w domu większość porządków czy domowych prac wykonuję ja, Mąż mój bije mnie na łeb w prasowaniu koszul i robieniu gołąbków i choć kuchnia po jego pichceniu wygląda jak po wybuchu bomby, mógłby je robić co tydzień. Ale gdy wyjadę i mnie nie ma, jestem pewna, że nie zginie, bo potrafi wszystko to, co chciałabym, by umiał kiedyś mój Syn.
synkowo

piątek, 30 listopada 2012
czwartek, 29 listopada 2012
Kara.
Jestem absolutnie przeciwniczką bicia
dzieci, jakiegokolwiek. Klaps przez pieluchę uważam za śmieszny,
to po co w ogóle bić? Szarpanie, bicie po rękach, po twarzy czy
też ciele jest dla mnie niedopuszczalne. Jakiekolwiek cielesne
wymierzanie kary to tylko i wyłącznie słabość rodziców.
Pokazanie ich bezsilności, bezradności i wyższości nad mniejszą
i słabszą istotą. Gdy byłam mała byłam bita. Bita, nie oznacza,
iż dostawałam cięgi pasem na gołe ciało, ale jakakolwiek forma
przemocy wobec mnie czytaj dostawanie ścierką czy łapką na muchy
wspominam bardzo, bardzo źle. W związku z tym, iż często trudno
było rozstrzygnąć czyja to wina, gdy się kłóciliśmy lub coś
zbroiliśmy razem z bratem-dostawaliśmy oboje. Do dziś pamiętam to
uczucie niesprawiedliwości. Z drugiej strony nie akceptuję też
bezstresowego wychowania. Uważam, że dzieci powinny słuchać się
rodziców, powinny wiedzieć, kiedy robią źle. Tu chciałabym
zaznaczyć, że oprócz tego, iż swoje dziecko karam i karać będę,
gdy zrobi coś źle, jest ono i będzie w równej mierze nagradzane.
Około roku, gdy Tymek zaczął rozumieć i w błyskawicznym tempie
rozwijać się, zaczęliśmy stosować kary. Brzmi strasznie, wiem.
Jak można karać tak małe dziecko? Otóż można. Brzdąc nasz
bardzo szybko zrozumiał o co chodzi w zdaniu „nie wolno”, ale gdy
pomimo tego i tak czasem próbował robić swoje, był wynoszony do łóżeczka na dwie minuty. Następnie osoba, która go tam zaniosła
szła do niego, mówiła, co zrobił źle, dlaczego tak robić nie
wolno, wyciągała go i przytulała. Zadziwiające, że po bardzo
niedługim czasie, gdy Syn znowu majstrował przy kurkach od gazu lub
wyrywał gałkę od sprzętu grającego Taty wystarczyło ostrzec: chcesz iść na karę?I proceder zostawał błyskawicznie
przerywany. W ciągu ostatniego miesiąca Syn na tyle wydoroślał,
rozgadał się i zmądrzał, iż uznaliśmy, że łóżeczko możemy
zamienić na kąt. Zasada jest ta sama, tylko kara trwa krócej, gdyż
Syn w kącie wystoi góra minutę. Do kąta zanosić go nie trzeba,
kieruje się tam sam, baa, czasem dosłownie, gdyż ostatnio
wyrwawszy zabezpieczenie rogu od szafki, spojrzał na Tatę, spuścił
wzrok i poszedł stanąć do kąta. Tak więc dwudziestomiesięczne
dziecko jest w stanie bezbłędnie ocenić co robi źle. Dzieciom
trzeba wyznaczać granice. Myślę, że gdy Tymek podrośnie jeszcze
nieco zamontujemy tablicę magnetyczną i wklejać będziemy czarne
chmurki i żółte słoneczka za złe i dobre zachowanie i będziemy wspólnie uzgadniać
nagrody i kary.
wtorek, 27 listopada 2012
Rola.
Byciem najmłodszym w rodzinie Syn nasz
nie nacieszył się zbyt długo. Po niecałym roku trzeba było
miejsce na tronie ustąpić kuzynom i to w podwójnym wydaniu.
Tymoteusz stał się szczęśliwym posiadaczem już trzech kuzynów w
pierwszej linii, bo tych w drugiej choćby tylko do lat czterech to
by się sporo zebrało. Jest i Miłosz, Jakub, Piotrek, Antek,
Michalina, Amelia czy Łucja. Nie da się ukryć, że królują
chłopcy, mimo wszystko rodzi się ich w naszej rodzinie więcej.
Niewątpliwie rola starszego kuzyna to bardzo odpowiedzialne zadanie.
I tak Syn nasz spotykając się z Jasiem i Frankiem potrafi: wytrzeć
im ślinkę pieluszką, podać smoczek tudzież niekapka, poczytać
książkę czy chwilę ponaśladować ich poginając jak oni na
czterech, sprawiając tym chłopakom radość i przyciągając ich
zainteresowanie. Przekomicznie to wszystko wygląda i aż chce się
patrzeć i sięgać myślami naprzód jak to będzie niedługo, za
rok, dwa czy trzy, gdy już będą potrafić mówić i walczyć o
swoje.
sobota, 24 listopada 2012
Uważać.
Mogę śmiało zaryzykować
stwierdzenie, że Syn nasz rozumie już prawie wszystko. Cwaniak,
niewiele mówi, choć próbuje i rozkręca się, ale ze zrozumieniem
nie ma najmniejszego problemu. Gdy ostatnio uparł się, że chce
pasek od koszuli, którą miałam na sobie i właśnie szykowałam
się do pracy, szybko rzuciłam: Idź wyjmij sobie pasek z Taty
szafy. I tak też uczynił. Ciągał później ten pasek po podłodze
mając frajdę wielką. Idź wyrzuć do kosza to już standard, Syn
uwielbia porządki i każdy napotkany paproch ląduje w koszu. Podaj
pilota też się przydaje, gdy Syn zażąda włączenia bajki. Ale
niestety, bezproblemowe rozumienie wszystkiego ma też i swoje złe
strony. Wczoraj mimochodem rzuciłam: Chcesz jechać z Pawełkiem na
kulki? Jechać mieliśmy, owszem, ale za godzin kilka. Odpowiedź
brzmiała oczywiście: Taa, ale na tym się nie skończyło. Syn
stanął w przedpokoju, zaparł się przy drzwiach, podkowę zrobił
i krzyczeć zaczął: Mama, brrr, mama. Pół godziny zajęło mi
uspokojenie go, uparta bestia (chyba po Mamusi), jak się zawziął,
to odpuścić nie chciał i niczym Jego uwagi nie szło odwrócić.
Podobnie było dziś u Dziadków. W poniedziałek Tymek spędził
ponad godzinę w przedszkolu, wraz z dwudziestoma pięciolatkami.
Tańczył, bawił się i wyjść z niego nie chciał. Babcia nieźle
się musiała namęczyć, by wnuka do domu przyprowadzić. Jak to
dobrze mieć Babcię przedszkolankę, podejrzewam, że Syn nie będzie
miał najmniejszego problemu z zaaklimatyzowaniem się w trzylatkach,
do których chciałabym go posłać. Dziś Babcia zagaiła: Tymuś,
przyjdziesz jeszcze do Babci do przedszkola? Tymkowi dwa razy nie
mów, już prawie ubierał buty, Babcię złapał za rękę i do
drzwi ciągnął z głośnym: Brrr brrrym. No i masz babo placek,
znowu pół godziny zagadywania i próbowania Syna przekonać, że w
sobotę to przedszkole nieczynne jest. Morał taki, że uważać
musimy na wszystko co teraz mówimy!
czwartek, 22 listopada 2012
Piżama.
Lubiłam Syna w pajacach. Zawsze mnie
rozczulał, gdy przydreptywał rano taki słodki i niewinny, a pajac
dodatkowo odmładzał go, na tyle, na ile dwudziestomiesięczne
dziecko odmłodzić można. Jednak odpinanie pajaców o szóstej
rano, by Tymek mógł zasiąść na nocniku stało się na tyle
kłopotliwe, że postanowiłam zakupić piżamki. Ha! Niby taka
prosta sprawa piżamę nabyć, a jednak, ile się naszukałam, to
moje. Początkowo stawiałam na Tesco, większość pajacy kupowałam
właśnie tam w wielopakach, dobre cenowo i choć jakość nie
powalała, Syn rósł w tak zabójczym tempie, że nie zdążyły się
zniszczyć. Z piżamkami nie było już tak kolorowo. Rozmiar Synowy
wyglądał następująco: spodnie jak na nieźle wyrośnięte
dziecko, góra jak po młodszej siostrze, rękawy kuse. Podobnie było w Smyku czy Reserved. Szerokie ramiona, długie spodnie od piżamy. Do tego większość spodni bez ściągaczy, więc w praktyce ciągają się po ziemi. I
tu z pomocą przyszedł ponownie niezawodny Next. Trzypak piżamek,
który nabyliśmy jest świetny. Bawełna przemiła w dotyku,
mięciutka, spodnie a-la getry ze ściągaczkami. To piżamki warte
zakupu, bez dwóch zdań!
piątek, 16 listopada 2012
Można.
Czy można poznać kogoś i czuć, jakby się go znało już dobrych parę lat? Można. Nasza znajomość z M. zaczęła się ponad dwa lata temu, przypadkiem, połączyły nas sprawy "służbowe". Choć jestem osobą bardzo kontaktową i otwartą, nie palę się do zawierania nowych znajomości. Przyjaciół mam, tych samych niezmiennie od lat dwunastu i więcej mi do szczęścia nie trzeba. Ale z M. wyszło tak jakoś samo, naturalnie, nasze pierwsze spotkanie, gdy Tymek był w mym brzuchu od zaledwie kilku tygodni przerodziło się w cykl spotkań przy kawie i rozmowy. Niewątpliwie nadajemy na tych samych falach, rzekłabym że mamy pokrewne dusze. Gdy jestem u M. czuję się jak u siebie w domu, swojsko, miło, swobodnie. Jeszcze niedawno Nela, Jej córka, trzymała na rękach kilkutygodniowego Tymka. Dziś razem tańczyli i wygłupiali się. W babskim świecie Neli znalazły się i zabawki dla Tymka, kilka wypasionych aut od Barbie, czy miauczący kotek.
środa, 14 listopada 2012
Losowanie.
Przeprosić musimy za jednodniowe opóźnienie, gdyż wczoraj wieczorem maszyna losująca zaniemogła i spać poszła za wcześnie. Matka nie zdążyła wszystkiego przygotować. Za to dziś zwarci i gotowi przystąpiliśmy do losowania w naszym pierwszym Candy. Nie obeszło się bez drobnych potknięć, Syn tuż przed akcją losowanie wylał na siebie pół kubka wody, a podczas samej akcji, losów wyciągnął dwa zamiast jednego. Kazałam jednak Jemu podjąć męską decyzję i jeden wskazać, co też uczynił. Pogratulować więc chcemy Agnieszce, którą to Syn wybrał! Prosimy o podanie adresu do wysyłki na nasz blogowy e-mail.
niedziela, 11 listopada 2012
Dwadzieścia.
Stuknęła dziś Synowi dwudziestka, a
w głowie planujemy już drugie urodziny. W ciągu ostatnich kilku
dni rozwiązał się Jemu język i zaczyna powtarzać inne wyrazy niż
mama, tata i baba.
Przezabawnie brzmią one w Synkowych ustach i doczekać się nie
mogę, gdy będzie mówił jeszcze więcej. Na razie pięknie
wychodzi Jemu:
- Ania (Tymkowa ciocia, która nas często odwiedza)
- Lila (=Karolina, kuzynka, równie częsty gość)
- Tadziu (Dziadek)
- banan
Syn
zna także 6 zwierząt po angielsku, oczywiście Matka mówi, a On
wydaje odgłosy oraz 4 części ciała, które pięknie wskazuje.
Dodam, że przyswoił je sam i to błyskawicznie, w trakcie zabawy,
pokazywania zwierząt w książeczce i sam domagał się, by je
ciągle powtarzać. Tak więc cat, dog, sheep, owl, pig,
horse, nose, eyes, ears, mouth są
już Synowi znane. Nie mamy już najmniejszych problemów z
porozumieniem się, choć Tymka słownik jest dość ograniczony,
potrafi pokazać wszystko za pomocą gestów i mimiki. Wiemy kiedy
chce: myć zęby, pić przez rurkę, położyć się spać do
łóżeczka, usiąść na nocnik itd. Choć nadal jesteśmy
zapieluchowani, Syn chętnie na nocniku siada, często bez efektów,
ale ważne, że wie, do czego on służy i nie boi się go. Mam
wielką nadzieję, że wkrótce małymi krokami osiągniemy sukces i
pozbędziemy się pieluch na dobre. Nie mamy też problemów z
jedzeniem, Synowi przeważnie dopisuje apetyt i nie wybrzydza, lubi
praktycznie wszystko, od ogórków konserwowych po mandarynki,
uwielbia próbować nowych rzeczy, kręcić się w kuchni i
dopominać, by wrzucić coś na ząb, szczególnie w fazie
przygotowywania jakiegoś posiłku. Wczoraj na przykład, ku mojemu
lekkiemu obrzydzeniu, zjadł kaszę i wątróbkę, której ja
nienawidzę. Wątróbki, bo kaszę z chęcią jadam. Na szczęście
Babcia oszczędziła mi podawania Jej Synowi, wyręczając mnie. Nadal nie podajemy Synowi słodyczy, wyjątkiem są domowej roboty ciasta przygotowywane przez Babcie, Syn je uwielbia! Ba! Gdy tylko przyjdziemy na obiad już wie, gdzie blacha z ciastem ma swoje miejsce, trzeba ją sprytnie ukrywać, bo spryciarz nie zje obiadu, a będzie podnosił wrzask, by dać Jemu ciasto!
piątek, 9 listopada 2012
Dbać.
To, że zmienia się związek po
narodzinach dziecka każdy zapewne wie tudzież się domyśla. Nocne wstawanie, poporodowe
humory i przypływ nowych obowiązków nie sprzyja specjalnemu
okazywaniu uczuć drugiej połowie. Nasz związek także się
zmienił, według mnie na lepsze, jednak nie da się ukryć, że nie
jest i już pewnie nigdy nie będzie taki jak kiedyś. Ja, przejęta
rolą matki, w której czuję się rewelacyjnie, nie podejmuję już
tak spontanicznych decyzji jak kiedyś. Nie wsiadam z mężem na
motocykl, by jechać w lutym nad jezioro, robić ognisko i smażyć
kiełbasy, jak kiedyś. Nie wsiadam z nim do samochodu, by pojechać
300 km nad morze i obejrzeć zachód słońca w październiku, jak
wtedy, gdy zaczęliśmy się spotykać. Większość mej
spontaniczności zniknęła wraz z pojawieniem się na świecie Syna,
istoty, za którą czuję bardzo odpowiedzialna. Staram się jednak,
byśmy mieli czas dla siebie: wyszli do kina, na obiad we dwoje czy
też wypili wspólnie wino, nawet jeśli pijąc je, rozmawiamy o
dziecku. Staram się też spełnić prośbę księdza, który podczas
naszego ślubu rozbawił cały kościół kazaniem i kazał pamiętać,
aby dbać o siebie i małymi gestami dawać wyraz uczuciom, na
których okazywanie w codziennym zaganianym życiu czasu brak. W
naszą ślubną miesięcznicę upiekłam Mężowi murzynka, jedyne
ciasto, które mi zawsze wychodzi, a które On lubi. I zamówiłam
dwa bilety do kina na film kostiumowy, bo te lubimy oboje. Zauważam
jednak, że myśl o Synu ani na chwilę nie przestaje nam
towarzyszyć. Gdy już nacieszymy się tylko swoim towarzystwem
zwykle wracamy do domu pytając siebie nawzajem: 'Ciekawe, co robi
Tymko'. Ot, rodzice.
środa, 7 listopada 2012
Zimowe.
Przygotowania zimowej garderoby Syna
intensywnie trwały przez ostatnie dwa tygodnie. Najpierw skupiłam
się na wyborze butów i tu był największy problem. Przede
wszystkim musiały mi się podobać, tak już mam, że nie założę
dziecku czegoś, co się mnie nie widzi. Poza tym musiały mieć
kilka niezbędnych funkcji. Buty zimowe mają to do siebie, że
bywają mało wygodne. Zakładając, że Syn będzie sporo kilometrów
pokonywał zimą także pieszo chciałam, by buty te były
komfortowe, nie toporne. Po kilku dniach użytkowania mogę śmiało
stwierdzić, że buty zimowe firmy Mrugała spełniły wszystkie moje
oczekiwania, mniemam, że Syna też, gdyż chętnie je nosi. Butki
Mrugały:
- są ocieplane w środku
- posiadają membranę te-por chroniącą przed przemakaniem (w sam raz na śnieg!) i odprowadzającą pot na zewnątrz buta (Synowe stopy zwykle pocą się w butkach, w tych jest zupełnie inaczej, po zdjęciu butów nie ma śladu po spoconych stópkach!)
- mają bardzo fajnie skonstruowany język, który zabezpiecza przed dostawaniem się wody do wnętrza buta
- wysokość butów jest idealna, zapinane są na dwa rzepy i naprawdę bardzo łatwo się wsuwają (a przymierzaliśmy takie, które za choinkę nie chciały wejść na Synową stopę, którą ma bardzo smukłą i żadnych problemów z podbiciem)
- są niezwykle lekkie i elastyczne, Syn chodzi w nich bardzo naturalnie
- mają antypoślizgowe podeszwy
Z pewnością zakup tych butów był
dobrym wyborem. Na drugim miejscu naszej listy zimowych niezbędników
była ciepła kurtka. Choć przepadam za ostatnio nabytą kurteczką
w kolorze khaki, zdecydowanie nie jest ona kurtką zimową. Wybór
padł na ocieplaną kurtkę firmy Coccodrillo, tu wymagania były
mniejsze. Chciałam, by kurtka miała neutralny kolor (beże,
szarości), ściągacze u rączek i kaptur. Kurtka Coccodrillo z
zeszłorocznej kolekcji spełnia wszystkie moje wymagania, a do tego
ma także rękawice w komplecie przypinane na guziki. Kaptur także
jest odpinany. Kurtkę udało nam się dostać za nieco ponad sto
złotych, a biorąc pod uwagę ceny zimowych ubrań dla dzieci, to
była okazja i uważam , że był to bardzo trafiony zakup. Idąc za ciosem zakupiliśmy także
zestaw czapa-szalik, odbywając przy tym walkę w sklepie, by Syn
chciał czapy przymierzać. Koniec końców udało się kilka szybko
wrzucić na Synowy czerep i wybrałam czapę podszytą polarem,
ciepłą, wiązaną pod szyjką. Obowiązkowo musiałam nabyć rajtki i
tu trochę się naszukałam, gdyż chciałam rajty kolorowe, w paski
tudzież kropki i straciwszy już nadzieję, że takowe znajdę
zajrzałam do Next'a i to był strzał w dziesiątkę! Trzypak
rajtków w kolorze unisex niezwykle przypadł mi do gustu. Mam
nadzieję, że nie zmechacą się po praniu, tak jak większość
rajstop, które mieliśmy. Gumka przy tych rajtkach jest świetna,
bardzo elastyczna, na pewno będzie w nich Synowi wygodnie. Przygotowani do zimy, czekamy na pierwszy mróz i śnieg, bo z dwojga złego wolę je niż tę paskudną mżawkę i szarą, jesienną aurę.
wtorek, 6 listopada 2012
Candy.
No i nareszcie udało nam się zebrać do zorganizowania pierwszego Candy, nazwanego przeze mnie przedświątecznym. Łatwo nie było, bo paczka z Wysp trochę szła, a chciałam, by szczęśliwiec dostał zestaw naklejek, które także zamówiłam Synowi. Candy przedświąteczne, bo my już na świąt wyczekujemy i dni w kalendarzu skreślamy. Odkąd jest z nami Syn, święta nabrały dla mnie nowego wymiaru, jest radośniej i bardziej rodzinnie. W skład zestawu do wylosowania wchodzą:
-bluzeczka 5-10-15 (rozm. 98)
-skarpetki z bałwankiem 5-10-15 (rozm.23-24)
-książeczka z tysiącem naklejek ze zwierzątkami ( u nas robi furorę!)
-zestaw maseczek
Aby wziąć udział w losowaniu wystarczy zostawić wpis pod tym postem i wyrazić chęć wzięcia w losowaniu, jeśli nie posiadacie bloga, proszę zostawcie swojego e-maila. Candy trwa od dzisiaj 6.11 przez cały tydzień. Losowanie 13.11 w godzinach późnowieczornych! ;)
sobota, 3 listopada 2012
Ijoijo.
Doczekałam się chwilowego zwolnienia tempa i kilku dni spędzonych w domu z rodziną. Jak cudownie kłaść się przed 21 do łóżka i wiedzieć, że rano, pomimo pobudki o 6, nie będzie trzeba nigdzie się spieszyć i szykować. Korzystając z wolnego czasu postanowiliśmy odkreślić kolejny punkt na naszej liście 'warto zobaczyć'. Jak już niegdyś wspominałam w jednym z postów Syn nasz straż pożarną uwielbia. Wybraliśmy się więc do Muzem Pożarnictwa. Ależ radocha! Wozy, woziki, rysunki z wozami. Wszechogarniające ijoijo. Przy gablocie z małymi autami strażackimi była awantura, chwilowa, Syn odpuścił dopiero, gdy Tata zapewnił go, że kupimy takowy model, jak będziemy w sklepie. W drodze powrotnej zahaczyliśmy o kolejną atrakcję, parowozy. Wzbudziły w Synu nie mniejsze zainteresowanie niż wozy strażackie. Udało nam się trafić na lokomotywę, która akurat sunęła po torach! To był zdecydowanie aktywny, rodzinny, pozytywny dzień!
czwartek, 1 listopada 2012
Niebieski i towarzystwo.
Otwarcie przyznaję, że nie znoszę
różu u małych dziewczynek. Z góry zakładałam, że mając córkę
kolor ten będzie u nas rzadkością, raczej w dodatkach, o ile w
ogóle się pojawi. Kolor różowy bardzo lubię i sama noszę,
jednakże widząc ubrane od stóp do głów w różu dziewczynki zraziłam się
skutecznie, naprawdę może zemdlić od ilości różu na jednej
istocie. Nie lubię też dzielenia ubrań na niebieskie i różowe,
no jakże, chłopiec i nie w niebieskim? Do dziś dobrze pamiętam
mego brata za młodu, gdy dzieciakami byliśmy i za nic nie ubrał
czerwonego tudzież fioletowego, bo był to kolor babski. Dla mnie te
kolory babskie nie są i nigdy nie będą. U Syna niebieski jest
rzadkością, mamy zielenie, czerwienie, fiolety, żółcie, brązy,
czarne i szarości. Staram się wyposażać Synową garderobę tak,
by gościły w niej kolory różnorakie, a jako że okazało się, iż
brakło w niej niebieskiego skusiliśmy się na dwupak bluz w tymże
kolorze. Są też plusy takiej różnorodności kolorów. Gdyby
okazało się, że następna trafi nam się córa, będzie mogła
nosić większość ubrań po bracie. Kilka dni temu Tymek miał
towarzystwo, odwiedziliśmy dwa miesiące młodszego kumpla. Efekt
papugi działał doskonale, to co robił jeden, zaraz chciał/musiał
robić drugi. Mamuśki zajęte jedzeniem ciasta nie zauważyły nawet, gdy rozegrała się walka bodajże o zabawkę, która skończyła się
szarpaniną i głośnym płaczem obu zawodników. Oby więcej takich spotkań i kontaktów z innymi dziećmi, niech Syn ma okazję uczyć się dzielenia i empatii.
Subskrybuj:
Posty (Atom)